Nosze są na kółkach. Obracają mnie i teraz jadę prosto.
Pragnę tej karetki. Pragnę tego, co się stanie, kiedy zamkną drzwi. Ciepła. Drzwi się zamykają. Jestem w środku.
Wcale nie jest ciepło. Jest tak samo zimno jak na zewnątrz.
— Jak się nazywasz? — pyta ratownik.
Nie odpowiadam. Nie muszę.
— Pamiętasz, jak masz na imię?
Milczę.
— Wiesz, kim jesteś?
Tak. Wiem. Wiem doskonale, kim jestem, jak mam na imię i jak się nazywam. Ale przepowiednia musi zostać wypełniona do końca. Milczenie jest jej częścią. Nie chowam się za nim. Wykonuję je.
— No to sobie tu poleżymy jeszcze trochę. Bo wiesz, nie możemy odjechać. Akumulator padł.
Po chwili milczenia dodaje:
— A może powiesz, dlaczego nie masz butów?
Milczę.
Jestem w zawieszeniu. Jakby było mi wszystko jedno. Ale nie do końca, bo jest zimno. To jest granica obojętności. Nie strach, nie wstyd, nie pytania. Temperatura.
Trwa to w nieskończoność. Może pół godziny. Może piętnaście minut. Na coś czekamy. Podobno na ochotniczą straż pożarną, która ma odpalić silnik. Nie wiem dokładnie. Minuty się dłużą. Moja stopa może być już nie do uratowania.
Karetka przyjechała i nie ratuje. Stoi z padniętym akumulatorem, a ja leżę w niej przypięty, w garniturze, bez butów, i marznę jak na chodniku. Cała różnica polega na tym, że drzwi są zamknięte.
— Zimno mi — mówię w końcu.
— Jesteś przykryty — odpowiada ratownik.
— Ale stopa... Czy można włączyć ogrzewanie?
— Niestety, padł nam akumulator. Czekamy na straż. Jesteśmy mocno niedofinansowani.
Powiedziane nad przywiązanym człowiekiem, który boi się o stopę.
Przepowiednia każe milczeć. Milczę na pytanie o imię. O buty. O to, kim jestem. Odzywam się, bo jest zimno. W przepowiedni nie wiadomo, czy nie amputują mi stopy.
— To jak masz na imię?
— White Whisper... — cedzę w końcu.
— Nazwisko?
— White Whisper.
— PESEL pamiętasz? Pamiętasz w ogóle, kim jesteś?
— Jestem White Whisper...
— Dobre. Zapiszę. A z jakiego to filmu?
Potem już milczę. Nie z urazy.
White Whisper trafia do dokumentacji jako cytat. Nie ma już czego dopowiadać.
W końcu przyjeżdża ochotnicza straż pożarna. Jakoś odpalają karetkę. Słyszę silnik.
Policja, pogotowie, straż pożarna. Komplet. Ruszamy.
Ratownik nade mną włącza sobie film. Ogląda go. Słyszę dźwięk. Kojarzy mi się ze Stranger Things. Nie widzę ekranu. Leżę i czekam. Stopa marznie i nic na to nie mogę poradzić. Już jej nie czuję. Może będzie tylko odmrożona. Odmrożenie miałem kiedyś. Wiem, jak to wygląda potem.
Dojeżdżamy. Jestem spokojniejszy. Pytam ratownika, jak się nazywa.
— Jestem ratownikiem z karetki.
— Jakiej?
— Numer jeden.
— Zrobię zbiórkę i kupię wam ten akumulator. Dla karetki numer jeden.
Przywiązany, ze stopą, której nie czuję, planuję pomóc karetce, która mnie nie ogrzała. To nie jest ironia.
Mam już plan: zbiórka dla WOŚP. Trzydziesty trzeci finał. Jeszcze nie wiem, że najpierw będę musiał zaplanować ucieczkę ze szpitala. Pojedziemy srebrną strzałą z platynowymi tłokami z miasta do miasta, ze światłem anarchii na dachu — laserem z teleskopu Dobsona, wycelowanym pionowo w niebo. Będzie nas witać telewizja. Tak odzyskam wszystko — żonę, dzieci, pieniądze i autorytet. To przepowiedziane.
Akumulator jest na liście.
Jeśli mierzysz się z kryzysem — Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym: 800 70 2222 (całodobowo, bezpłatnie).
